Turów nie chce kończyć się na węglu

Turow-nie-chce-konczyc-sie-na-weglu-3.jpeg

Przyszłość Turowa przez lata sprowadzano do pytania, jak długo jeszcze będzie można wydobywać tu węgiel brunatny i produkować z niego energię. Dziś coraz wyraźniej widać, że ważniejsze jest inne: co zrobić, aby wraz ze schyłkiem obecnego modelu energetycznego region nie stracił także swojej gospodarczej racji bytu.

23 września w Pałacu Łagów odbyła się konferencja „Turów Przyszłości”, poświęcona przyszłości kompleksu, miejscom pracy i kierunkom rozwoju regionu. Spotkanie otworzył burmistrz Zgorzelca Rafał Gronicz, przewodniczący Komitetu Transformacji Regionu Turoszowskiego. W rozmowie uczestniczyli przedstawiciele samorządów, PGE i eksperci zaangażowani w przygotowanie koncepcji transformacji.

W panelu poświęconym porozumieniu samorządów z PGE głos zabrali m.in. burmistrz Bogatyni Wojciech Dobrołowicz, zastępca wójta gminy Zgorzelec Paweł Tomczyk, starosta lubański Zbigniew Zjawin oraz wiceprzewodniczący Sejmiku Województwa Dolnośląskiego Cezary Przybylski. W programie znaleźli się także Joanna Tokarczuk, Albert Gryszczuk i ekspert energetyczny Herbert Gabryś.

 

Powstaje koncepcja energetycznego życia po odkrywce

 

Koncepcja „Turów przyszłości” zakłada, że region nie musi przestać być zagłębiem energetycznym. Musi jednak zasadniczo zmienić sposób, w jaki tę funkcję pełni. Zamiast zastąpienia kopalni i elektrowni farmami fotowoltaicznymi pojawia się pomysł wykorzystania istniejących bloków, nowych źródeł odnawialnych, magazynów energii, infrastruktury sieciowej, a w dalszej perspektywie także samego wyrobiska jako elementów jednego kompleksu. Na razie jest próba odpowiedzi na pytanie, jak wykorzystać to, czego z Turowa nie da się przenieść gdzie indziej: sieci, stacje elektroenergetyczne, tereny przemysłowe, kompetencje ludzi i gospodarkę, która przez dziesięciolecia rozwijała się wokół kopalni i elektrowni.

 

Nie wystarczy zamienić węgla na panele

 

W przypadku Turowa problem jest szczególnie trudny, bo tutejsza energetyka nie jest jedną z wielu gałęzi lokalnej gospodarki. Przez lata stała się jej osią. Kopalnia i elektrownia to nie tylko miejsca pracy, lecz także sieć podwykonawców, specjalistycznych usług, wpływy do samorządowych budżetów i kompetencje, których nie da się odtworzyć z dnia na dzień.

Zastąpienie produkcji węglowej energią z farm fotowoltaicznych czy wiatrowych rozwiązywałoby przede wszystkim problem bilansu megawatogodzin. Nie odpowiadałoby natomiast na najtrudniejsze pytania gospodarcze i społeczne. Koncepcja „Turów Przyszłości” wychodzi z innego założenia: energetyczną funkcję regionu należy zachować, stopniowo zmieniając jej technologiczne podstawy. W okresie przejściowym Elektrownia Turów miałaby nadal pełnić rolę źródła dyspozycyjnego, podczas gdy coraz większy udział w produkcji przejmowałyby wiatr i fotowoltaika. Magazyny energii miałyby absorbować nadwyżki i oddawać energię w godzinach słabszej generacji OZE, a źródła biomasowe lub biogazowe mogłyby uzupełniać technologie zależne od pogody. Sednem nie jest jednak ustawienie obok siebie kilku różnych instalacji. Chodzi o to, aby pracowały jak jeden organizm.

 

– Myślimy nie o tym, jak zwinąć i kiedy zwinąć kompleks energetyczny, ale jak zmienić go w stabilny miks różnych źródeł, który w dalszym ciągu będzie bardzo ważnym punktem na mapie elektroenergetycznej Polski – mówi Joanna Tokarczuk, prezeska STORiE.

To zasadnicza różnica. Pojedyncza farma wiatrowa pozostaje źródłem zależnym od pogody, podobnie jak fotowoltaika. Magazyn sam w sobie niczego nie produkuje. Dopiero odpowiednie sterowanie całym portfelem aktywów może sprawić, że z perspektywy systemu elektroenergetycznego powstanie układ bardziej przewidywalny i elastyczny.

 

Mikułowa ważniejsza niż kolejna farma PV

 

Najciekawszy pomysł zawarty w koncepcji dotyczy nie mocy poszczególnych źródeł, lecz sposobu zarządzania nimi. Elektrownia, wiatr, fotowoltaika, źródła wykorzystujące biomasę lub biogaz i magazyny energii miałyby tworzyć jeden portfel aktywów. Raz więcej produkowałoby słońce, innym razem wiatr. Magazyny przejmowałyby nadwyżki, a w okresie przejściowym elektrownia zapewniałaby część mocy dyspozycyjnej.

– Wykorzystajmy maksymalnie długo potencjał kopalni i elektrowni. Dołóżmy do tego układu odnawialne źródła energii, magazyn energii i biomasę i zbudujmy unikatowy generator. Na jednym liczniku będzie oddawana energia z takiego wielkiego generatora multienergetycznego – mówi Albert Gryszczuk, prezes Fundacji Rozwoju Regionalnego.

W tym układzie ważniejsza od mocy pojedynczej instalacji staje się charakterystyka całego kompleksu widzianego od strony systemu elektroenergetycznego. Stąd rola stacji Mikułowa. Autorzy koncepcji przyjmują ją jako umowną granicę bilansową przyszłego Turowa. To tam miałby być oceniany efekt współpracy poszczególnych źródeł i magazynów. To na razie model funkcjonalny. Warunki przyłączenia, zdolności sieci i docelowa topologia wymagają osobnych analiz.

 

Gigawaty na stole, ale jeszcze nie na placu budowy

 

W dotychczasowych analizach pojawia się około 1,14 GW energetyki wiatrowej, 2,1 GW fotowoltaiki, około 60 MW źródeł wykorzystujących biomasę oraz nawet 2,3 GW potencjalnego magazynowania energii, m.in. w wariancie elektrowni szczytowo-pompowej.

Rafał Gronicz, burmistrz Zgorzelca wskazywał, że katalog rozważanych rozwiązań jest szerszy:

– Dzisiaj już będzie przygotowywana dokumentacja związana z potencjalnym umiejscowieniem elektrowni atomowej SMR, czyli tych małych elektrowni atomowych. Od jakiegoś czasu, i to w strategii PGE, jest elektrownia gazowa. W pobliżu Turowa powstaje również nowa elektrownia słoneczna oparta na fotowoltaice. – mówił

Gdyby udało się zrealizować znaczną część tego potencjału, nie byłby to już lokalny projekt rewitalizacji pogórniczego regionu. Mówilibyśmy o kompleksie istotnym dla całego Krajowego Systemu Elektroenergetycznego.

 

Drugie życie odkrywki

 

Szczególną rolę może odegrać sama kopalnia. Dziś jej funkcja jest oczywista: wydobywany węgiel trafia do elektrowni, która produkuje energię. Po zakończeniu eksploatacji ogromne wyrobisko nie musi jednak pozostać wyłącznie problemem rekultywacyjnym. Jednym z wariantów jest wykorzystanie go do magazynowania energii, m.in. w formule elektrowni szczytowo-pompowej. Znaczenie tej idei jest jednak szersze. Pokazuje, że część majątku związanego z kończącym się modelem energetyki można próbować potraktować nie jako koszt po zamknięciu, lecz jako aktywo o nowej funkcji.

Dla Turowa byłoby to szczególnie cenne. Transformację znacznie łatwiej przeprowadzić wtedy, gdy przynajmniej część nowych inwestycji powstaje w miejscu dotychczasowych, korzystając z istniejącej infrastruktury i kompetencji.

 

Najtrudniejsza będzie gospodarka

 

W technicznej części koncepcji można wyliczyć moce, sprawdzić warianty pracy magazynów i modelować profile produkcji. Znacznie trudniej policzyć, jak zmieni się życie regionu, którego gospodarka od dekad opiera się na jednym kompleksie.

Obecnie zakłady Zagłębia Turoszowskiego zatrudniają ponad 4 tys. górników i energetyków. Od trzech lat prowadzona jest redukcja zatrudnienia, której celem ma być utrzymanie możliwie wysokiej opłacalności produkcji energii.

 

– Produkcja energii musi być na takim poziomie opłacalności, by ta energia była akceptowalna dla zwykłego Kowalskiego” – mówiła Agnieszka First, Wiceprezes Zarządu ds. Transformacji PGE GiEK SA

 

Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki, zwraca uwagę, że odchodzenia od węgla nie da się prowadzić w oderwaniu od konsekwencji społecznych.

– W Turowie potrzebny jest kompromis. Z jednej strony trzeba zadbać o miejsca pracy i bezpieczeństwo ludzi związanych dziś z kopalnią oraz elektrownią, z drugiej – rozpocząć przejście do nowoczesnej energetyki. Zmiana miksu jest nieunikniona. Zasoby węgla brunatnego są ograniczone, a rosnące koszty emisji sprawiają, że produkcja energii z węgla traci ekonomiczne uzasadnienie – mówi Janusz Steinhoff.

W jego ocenie wyzwanie w Turowie i Bełchatowie jest pod pewnymi względami trudniejsze niż transformacja dawnych okręgów przemysłowych na Śląsku.

– W Turowie mamy do czynienia z bardzo silnym uzależnieniem lokalnej gospodarki od jednego kompleksu. Dlatego nowe miejsca pracy muszą powstawać także poza kopalnią i elektrownią. Naturalnym kierunkiem są odnawialne źródła energii, ale nie tylko one. Ważne jest, że w poszukiwanie nowych rozwiązań angażują się samorządy i lokalny biznes. To oznacza, że społeczność chce współdecydować o swojej przyszłości. Najlepszy efekt można osiągnąć wtedy, gdy uda się połączyć potencjał PGE, przedsiębiorców i władz lokalnych. Jestem zwolennikiem decentralizacji oraz większej podmiotowości społeczności lokalnych. Nie widzę powodów, dla których wszystkie decyzje dotyczące energetyki miałyby zapadać wyłącznie na poziomie centralnym ani dlaczego cały sektor musiałby opierać się wyłącznie na własności państwowej – dodaje były wicepremier.

 

Na ryzyko gwałtownego wygaszania kompleksu zwracała uwagę także Monika Wielichowska, wicemarszałkini Sejmu, przywołując doświadczenia likwidacji Wałbrzyskiego Zagłębia Węglowego. Podkreślała, że Turowa nie można zamykać z dnia na dzień.

– Przecież politycy też muszą popracować w Warszawie, aby pomóc samorządowcom i regionowi myśleć o przyszłości – mówiła wicemarszałkini Sejmu.

I właśnie tutaj znajduje się największe wyzwanie. Nowe źródła energii mogą zastąpić megawatogodziny produkowane z węgla. Nie zastąpią jednak automatycznie tysięcy miejsc pracy, zamówień dla lokalnych firm ani wpływów do budżetów gmin.

Dlatego w materiałach projektowych nie ma dziś deklaracji dotyczących konkretnej liczby nowych etatów czy przyszłych wpływów podatkowych. Jest za to ostrożniejsza teza: region, który zachowa znaczącą funkcję energetyczną, dostęp do infrastruktury i kompetentnych pracowników, będzie miał większe szanse na przyciąganie kolejnych inwestycji przemysłowych. W takim ujęciu energia przestaje być celem samym w sobie. Ma być jednym z narzędzi przebudowy lokalnej gospodarki.

Jednym z rozważanych kierunków tworzenia alternatywnych miejsc pracy jest przemysł zbrojeniowy. W rządowym projekcie na terenie kopalni przewidziano możliwość utworzenia dwóch zakładów produkcyjnych, które mogłyby zaoferować dodatkowe miejsca pracy górnikom i energetykom.

 

Najpierw projekt, potem miliardy

 

Techniczna wizja może być najbardziej efektowną częścią całej układanki, ale wcale nie najtrudniejszą. Prawdziwe problemy zaczynają się przy odpowiedzialności, finansowaniu i koordynacji.

Transformacja tej skali nie mieści się w granicach jednej spółki. PGE kontroluje kluczowe aktywa wytwórcze i posiada zaplecze energetyczne. PSE odpowiada za system przesyłowy. Samorządy poniosą bezpośrednie gospodarcze i społeczne konsekwencje zmian. Administracja państwowa tworzy ramy regulacyjne, a część nowych inwestycji może być realizowana przez prywatny kapitał.

Do tego dochodzą środki europejskie, procedury środowiskowe, planowanie przestrzenne i konieczność zsynchronizowania inwestycji, z których każda może mieć wieloletni cykl przygotowawczy.

Na konferencji padła też deklaracja prezesa PGE Dariusza Lubery o włączeniu spółki w prace Komitetu Transformacji Regionu Turoszowskiego. Zapadła również decyzja o powołaniu grupy ekspertów, która ma przygotować program miksu energetycznego opartego na kilku źródłach. Kolejnym krokiem ma być wspólne wypracowanie planu obejmującego przyszłość kompleksu, nowe inwestycje i miejsca pracy.

Dlatego pierwszym krokiem miałoby być powołanie wspólnego zespołu projektowego i przygotowanie studium wykonalności obejmującego technologię, możliwości sieciowe, środowisko, gospodarkę i finansowanie. Dopiero na tej podstawie można byłoby rozdzielić inwestycje na te, które są w stanie obronić się rynkowo, oraz te wymagające instrumentów publicznych lub funduszy europejskich.

To mało widowiskowy początek jak na przedsięwzięcie, którego potencjalna skala liczona jest w gigawatach, ale w energetyce najdroższe błędy często są wynikiem odwrócenia tej kolejności – najpierw z wyboru technologii, a dopiero potem z szukania problemu, który ma rozwiązać.

 

Turów ma jeszcze czas. Pytanie, jak go wykorzysta

 

W dyskusji o przyszłości regionu łatwo wpaść w jedną z dwóch skrajności. Pierwsza polega na obronie obecnego modelu tak długo, jak tylko jest to technicznie możliwe. Druga – na założeniu, że samo odejście od węgla rozwiąże problem.

Nie rozwiąże.

Zmiana sposobu wytwarzania energii jest tylko jednym elementem znacznie większej przebudowy. Znacznie trudniejsze będzie stworzenie nowej gospodarczej podstawy dla regionu, który przez dziesięciolecia rozwijał się wokół kopalni i elektrowni.

Atutem Turowa jest to, że nie musi zaczynać od zera. Ma sieci, grunty, kompetencje, przemysłowe tradycje i ważną infrastrukturę elektroenergetyczną. Ma również aktywa, których przyszłe zastosowanie warto zbadać, zanim zostaną potraktowane wyłącznie jako koszt schyłku epoki węgla. Największym ryzykiem może się więc okazać nie to, że region wybierze niewłaściwą technologię. Znacznie groźniejsze byłoby rozpoczęcie poważnej dyskusji o jego nowej roli dopiero wtedy, gdy stara przestanie być możliwa do utrzymania.

Jeżeli za kilkanaście lat Turów nadal ma być ważnym punktem na energetycznej mapie kraju, jego nowa funkcja musi zacząć powstawać, zanim stara ostatecznie przejdzie do historii.