Nowe przepisy dotyczące przyłączania do sieci miały uporządkować kolejkę projektów i ograniczyć blokowanie mocy. Po kilku miesiącach ich stosowania problemem okazuje się jednak nie tylko treść nowych obowiązków, lecz także sposób, w jaki należy je liczyć. Rozbieżności dotyczą zaliczek, zabezpieczeń i terminów realizacji inwestycji, a w konkretnych przypadkach mogą oznaczać różnicę liczoną w milionach złotych. Ustawa z 31 lipca miała skorygować część niedoprecyzowań marcowej reformy, ale prezydent jej nie podpisał. Teraz sprawa ponownie trafia do Sejmu.
Najpierw reforma, potem ustawa naprawcza
Obecna sytuacja jest konsekwencją dwóch kolejnych ustaw. Pierwsza, z 13 marca 2026 r., gruntownie zmieniła zasady przyłączania do sieci elektroenergetycznej. Prezydent podpisał ją 2 kwietnia, a 15 kwietnia została ogłoszona w Dzienniku Ustaw. Zasadniczo weszła w życie 30 kwietnia, przy czym dla części regulacji przewidziano sześciomiesięczne vacatio legis.
Po wejściu nowych przepisów w życie ujawnił się problem z regulacjami przejściowymi. W kilku miejscach odwołują się one do „dnia wejścia w życie ustawy”, mimo że nie wszystkie przepisy zaczynają obowiązywać w tym samym terminie. W efekcie pojawiły się rozbieżności dotyczące tego, od kiedy liczyć określone obowiązki inwestorów i jakie zasady stosować do projektów będących już w toku.
Dlatego przygotowano kolejną nowelizację, procedowaną jako druk 2750. Jej zadaniem nie było tworzenie od podstaw następnego modelu przyłączeń, lecz doprecyzowanie zasad wprowadzonych kilka miesięcy wcześniej – przede wszystkim dat, wysokości zaliczek i zabezpieczeń oraz terminów realizacji kamieni milowych. Sejm uchwalił ustawę 31 lipca, a Senat 6 sierpnia nie wniósł do niej poprawek.
28 sierpnia prezydent Karol Nawrocki odmówił jednak podpisania ustawy. Wskazywał m.in., że kilka miesięcy wcześniej zaakceptował marcową reformę, a kolejna nowelizacja częściowo koryguje przyjęte wówczas rozwiązania. W uzasadnieniu weta znalazły się również zastrzeżenia dotyczące działania części regulacji z mocą wsteczną i stabilności prawa. Autorzy nowelizacji oraz przedstawiciele Ministerstwa Energii argumentowali natomiast, że korekta jest potrzebna właśnie dlatego, że przepisy przejściowe z marca wywołały praktyczne wątpliwości interpretacyjne.
Sprawa nie jest jednak zamknięta. 17 września sejmowe Komisje do Spraw Deregulacji oraz do Spraw Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych zarekomendowały odrzucenie prezydenckiego weta i ponowne uchwalenie ustawy w dotychczasowym brzmieniu. Ostateczna decyzja należy do Sejmu. Konstytucja wymaga w takim przypadku większości 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów.
Gdzie zaczyna się problem
Źródłem sporu są przede wszystkim przepisy przejściowe ustawy z 13 marca 2026 r. W części regulacji ustawodawca posłużył się terminem „wejście w życie ustawy”, choć jednocześnie dla niektórych przepisów przewidziano sześciomiesięczne vacatio legis. Pojawia się więc pytanie, czy określone obowiązki należy liczyć od 30 kwietnia 2026 r., czy dopiero od października. Rada Dialogu Energetycznego wskazuje, że odmienne odpowiedzi na to pytanie przekładają się bezpośrednio na wysokość i terminy wnoszenia zaliczek i zabezpieczeń, a także na terminy realizacji tzw. kamieni milowych.
Nie jest to jedynie spór o wykładnię jednego przepisu. Sześciomiesięczne vacatio legis doprowadziło do powstania luki dotyczącej części najbardziej zaawansowanych projektów. Ustawa z 31 lipca miała więc zastąpić niejednoznaczne odwołania do „wejścia w życie ustawy” konkretnymi datami i ujednolicić zasady dla inwestycji, które znajdowały się już w procesie przyłączeniowym.
Zaliczka, zabezpieczenie i terminy do poprawki
Projekt miał doprecyzować kilka kwestii o bezpośrednim znaczeniu finansowym dla inwestorów. W przypadku zaliczek chodzi m.in. o jednoznaczne potwierdzenie, że dla projektów objętych przepisami przejściowymi ich wysokość nie może przekroczyć przewidywanej opłaty za przyłączenie ani 6 mln zł. Jeżeli wpłacona zaliczka okazałaby się wyższa od ostatecznej opłaty, różnica miała podlegać zwrotowi.
Podobny problem dotyczy zabezpieczeń. Dla projektów będących już w toku przyjęto zasadę, że zabezpieczenie powinno odpowiadać jednej czwartej kwoty przewidzianej dla nowych przedsięwzięć. Rada Dialogu Energetycznego argumentuje, że proporcjonalnie powinien działać również limit kwotowy. Skoro dla nowych projektów maksymalne zabezpieczenie wynosi 12 mln zł, dla projektów objętych regulacją przejściową pułap powinien wynosić 3 mln zł. Takie doprecyzowanie zawierała ustawa z 31 lipca.
Trzecim obszarem są kamienie milowe, przede wszystkim termin na przedstawienie pozwolenia na budowę. Projekt zakładał wpisanie wprost terminów 30 lub 42 miesięcy liczonych od 30 kwietnia 2026 r., zamiast pozostawiania ich do wyliczenia na podstawie niejednoznacznego przepisu o wejściu ustawy w życie.
30 MW już istnieje. Czy trzeba płacić od kolejnych 30 MW?
Najlepiej skalę problemu pokazuje przypadek opisany przez jednego z członków Krajowej Izby Klastrów Energii i OZE. Spółka dysponuje istniejącym GPO 20/110 kV oraz warunkami przyłączenia pozwalającymi na oddawanie do sieci około 30 MW energii, przy znacznie mniejszej mocy poboru. Inwestor chciał zmienić parametry istniejącego przyłącza tak, aby uzyskać około 30 MW w obu kierunkach.
Tauron Dystrybucja oczekiwał w takim przypadku około 30 tys. zł opłaty za wniosek, około 1,8 mln zł zaliczki oraz – po podpisaniu umowy – około 900 tys. zł zabezpieczenia. Łącznie oznaczałoby to około 2,73 mln zł zaangażowania finansowego.
Rada Dialogu Energetycznego kwestionuje jednak taki sposób obliczenia dwóch ostatnich kwot. Wskazuje na art. 7 ust. 8a Prawa energetycznego, zgodnie z którym podmiot już dysponujący mocą przyłączeniową wnosi zaliczkę tylko od jej przyrostu. Analogiczna reguła ma zastosowanie do zabezpieczenia na podstawie art. 7 ust. 8c¹.
Kluczowe jest przy tym pojęcie przyrostu wartości bezwzględnej mocy przyłączeniowej. Z materiałów PSE i PTPiREE przywoływanych przez Radę wynika, że jeżeli moc została określona w obu kierunkach, punktem odniesienia powinna być większa z tych wartości. Jeżeli więc przed zmianą inwestor ma 30 MW w kierunku oddawania, a po zmianie otrzyma 30 MW poboru i 30 MW oddawania, największa wartość nadal wynosi 30 MW. Przyrost wynosi zatem zero.
Według tej wykładni nie byłoby podstaw do naliczenia 1,8 mln zł zaliczki ani 900 tys. zł zabezpieczenia. Inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby moc poboru wzrosła do 31 MW. Wówczas rzeczywisty przyrost wyniósłby 1 MW, a zaliczka – przy stawce wskazanej w materiałach – 60 tys. zł, zaś zabezpieczenie 30 tys. zł.
Jednocześnie Rada Dialogu Energetycznego zastrzega, że ostateczna ocena konkretnego przypadku wymaga analizy wydanych warunków, umowy o przyłączenie oraz zakresu planowanych zmian technicznych. Nie zmienia to skali problemu: od sposobu interpretacji tych samych regulacji może zależeć, czy przedsiębiorca angażuje kilkadziesiąt tysięcy, czy kilka milionów złotych.
Interpretacja nie zastąpi przepisu
O tym, że niejasności nie są wyłącznie zarzutem branży wobec operatorów, świadczą również materiały Polskich Sieci Elektroenergetycznych S.A i Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej z 21 maja. Przy terminie wniesienia zaliczki pojawiło się w nich zastrzeżenie, że „termin ten wymaga interpretacji”, właśnie ze względu na rozbieżności wynikające z przepisów przejściowych.
Jeżeli Sejm ponownie uchwali ustawę większością wymaganą do odrzucenia weta, prezydent będzie zobowiązany ją podpisać. Jeżeli tej większości zabraknie, ustawa z 31 lipca nie wejdzie w życie, a marcowe przepisy pozostaną bez przygotowanej korekty. Stanowisko Ministerstwa Energii może wyjaśniać intencję projektodawcy, ale nie jest powszechnie wiążącą wykładnią prawa. Takiej abstrakcyjnej interpretacji, która automatycznie związałaby wszystkich operatorów i przedsiębiorców, nie może również wydać Prezes URE.
Bez zmiany przepisów część sporów może więc trafić do indywidualnych postępowań, a następnie do sądów. Dla inwestora problem jest bardzo konkretny: decyzję o wpłacie zaliczki czy ustanowieniu zabezpieczenia trzeba podejmować na etapie realizacji projektu, podczas gdy odpowiedź, czy operator prawidłowo zastosował przepisy, może pojawić się znacznie później.
W tym przypadku precyzja legislacyjna nie jest więc kwestią redakcyjnego porządku. Od sposobu rozumienia kilku przepisów przejściowych zależy termin realizacji inwestycji i to, czy przedsiębiorca musi zamrozić setki tysięcy albo miliony złotych.





