20 tys. zł za megawat. Wiatraki mają płacić najbliższym sąsiadom

wind-farm-1747331_1280.jpg

Mieszkańcy terenów sąsiadujących z elektrowniami wiatrowymi mieliby otrzymywać coroczne świadczenia finansowane przez właścicieli turbin. Ministerstwo Klimatu i Środowiska proponuje utworzenie funduszu partycypacyjnego, do którego wytwórcy wpłacaliby po 20 tys. zł rocznie za każdy megawat zainstalowanej mocy.

 

Mechanizm ma zastąpić obecne przepisy pozwalające mieszkańcom gminy objąć część mocy planowanej farmy w formule prosumenta wirtualnego. Rozwiązanie to na papierze daje możliwość udziału w korzyściach z produkcji energii, ale w praktyce wymaga wiedzy, formalności oraz wniesienia wkładu przekraczającego 7 tys. zł za 1 kW. Dla wielu gospodarstw domowych taka partycypacja pozostaje więc możliwością czysto teoretyczną.

Nowy fundusz ma działać inaczej: mieszkaniec nie będzie musiał inwestować własnych pieniędzy ani uczestniczyć w rynku energii. Prawo do świadczenia otrzymają właściciele budynków i lokali mieszkalnych znajdujących się w promieniu do 1000 m od elektrowni wiatrowej.

 

Milion złotych rocznie z farmy o mocy 50 MW

 

Skala wpłat będzie zależała bezpośrednio od mocy instalacji. Pojedyncza turbina o mocy 5 MW oznaczałaby zasilenie funduszu kwotą 100 tys. zł rocznie. Farma o mocy 50 MW wpłacałaby już milion złotych. Przy założeniu 25-letniej eksploatacji daje to nominalnie 25 mln zł, jeszcze przed uwzględnieniem corocznej waloryzacji o inflację.

Fundusz ma funkcjonować przez cały okres pracy elektrowni – aż do uzyskania prawomocnego pozwolenia na jej rozbiórkę. Nie będzie więc jednorazową rekompensatą wypłacaną przy uruchomieniu inwestycji, lecz stałym kosztem działalności wytwórcy.

Jeżeli w danym roku nie wszystkie pieniądze zostaną rozdzielone pomiędzy uprawnionych mieszkańców, nadwyżka trafi do gminy, na której terenie pracują turbiny. W założeniu korzyści mają być zatem widoczne zarówno w budżetach najbliższych sąsiadów, jak i w finansach samorządu.

 

Partycypacja czy opłata za lokalizację?

 

Pomysł odpowiada na jeden z podstawowych problemów energetyki wiatrowej: zyski z inwestycji są rozproszone w systemie energetycznym, natomiast jej obecność koncentruje się w konkretnej miejscowości. Regularne świadczenie może zwiększyć lokalną akceptację dla nowych projektów skuteczniej niż skomplikowana formuła prosumenta wirtualnego.

– W ostatnich latach to nie same przepisy ani wymagane odległości od zabudowań okazują się największą przeszkodą w realizacji projektów wiatrowych. Znacznie poważniejszym problemem jest opór społeczny, wynikający między innymi z braku poczucia współodpowiedzialności – zarówno na poziomie lokalnym, jak i ogólnokrajowym – za bezpieczeństwo energetyczne oraz dostęp do krajowej, niskoemisyjnej energii. W czasie, gdy ceny energii w Polsce i Europie pozostają niestabilne, a utrzymanie pewnych dostaw nawet z konwencjonalnych źródeł staje się coraz większym wyzwaniem, energetyka wiatrowa jest jednym z najważniejszych elementów odpowiedzi na te problemy.

Dlatego propozycję Ministerstwa Klimatu i Środowiska należy ocenić pozytywnie. W części lokalizacji mechanizm finansowych korzyści dla mieszkańców może ułatwić przygotowanie i realizację inwestycji. Ostateczny koszt poniesie oczywiście właściciel projektu, jednak zaproponowana wysokość wpłat nie powinna stanowić dla niego nadmiernego obciążenia. Dziś znacznie ważniejsze jest doprowadzenie możliwie dużej liczby projektów do etapu budowy, z czym Polska wciąż ma poważny problem.

 

Protesty przeciwko inwestycjom wiatrowym bywają przy tym motywowane politycznie albo wykorzystywane do budowania lokalnego kapitału politycznego. Mam nadzieję, że możliwość uzyskania przez mieszkańców konkretnych i regularnych korzyści finansowych okaże się silniejszym argumentem niż manipulacje, naciski i próby podsycania konfliktów – mówi Tomasz Drzał, prezes KIKE.

 

Fundusz nie jest jednak darmowym dodatkiem. Jego koszt zostanie uwzględniony przez inwestorów w rachunku ekonomicznym przedsięwzięcia, podobnie jak dzierżawa gruntów, podatki, przyłączenie do sieci czy finansowanie. W przypadku farmy o mocy 100 MW mowa o 2 mln zł rocznie i co najmniej 50 mln zł w ciągu 25 lat, bez waloryzacji. Dla największych projektów będzie to pozycja zauważalna.

Projekt wymaga też precyzyjnego określenia zasad podziału pieniędzy. Ta sama pula może przypadać na kilka gospodarstw albo na kilkadziesiąt lokali, zależnie od zabudowy wokół turbiny. Nie wiadomo również, czy znaczenie będzie miała odległość od urządzenia, liczba mieszkańców, powierzchnia nieruchomości czy wyłącznie prawo własności. Bez czytelnego algorytmu prosty fundusz może szybko obrosnąć sporami administracyjnymi.

Wątpliwości budzi także ograniczenie świadczeń do właścicieli. Sąsiedztwo turbiny odczuwają przecież również najemcy, choć formalnie pieniądze mogłyby trafić do osoby mieszkającej w innym mieście.

Kierunek zmian jest zrozumiały: społeczności lokalne powinny uczestniczyć w korzyściach wynikających z rozwoju energetyki. O powodzeniu funduszu zdecydują jednak szczegóły. Jeżeli mechanizm będzie przejrzysty, może ułatwić dialog z mieszkańcami. Jeżeli stanie się kolejną skomplikowaną daniną nakładaną wyłącznie na jedną technologię, rachunek zapłaci energetyka wiatrowa, ale niekoniecznie zyska na tym transformacja.