Tania energia w Polsce – dlaczego system nie wykorzystuje OZE?

Tomasz-Drzal-3.jpg

Polska transformacja energetyczna coraz mniej przypomina technologiczną rewolucję, a coraz bardziej test sprawności państwa, rynku i lokalnych instytucji. Odnawialnych źródeł przybywa, ale tania energia wciąż zbyt często pozostaje obietnicą z prezentacji. Zdaniem Tomasza Drzała, prezesa zarządu Krajowej Izby Klastrów Energii i OZE, bez energetyki wiatrowej, lokalnego bilansowania i prawdziwych mechanizmów rynkowych niskie rachunki pozostaną w Polsce wyjątkiem, nie regułą.

 

Jeszcze kilka lat temu o transformacji energetycznej można było mówić językiem celów klimatycznych, unijnych strategii i kolejnych gigawatów odnawialnych źródeł energii. Dziś wiemy, że patrzenie na rynek z perspektywy ideologii nie ma większego sensu. Energia przestała być (a w zasadzie nigdy nie była) wyłącznie kwestią polityki klimatycznej. Stała się jednym z filarów bezpieczeństwa państwa, konkurencyjności przemysłu i rozwoju lokalnych gospodarek.

Jak zauważano podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, skończyła się „dywidenda pokoju”. Tanie surowce, przewidywalne łańcuchy dostaw i stabilne otoczenie geopolityczne nie są już czymś, na czym można budować długoterminową strategię. W takim świecie energia nie jest po prostu kolejną pozycją w budżecie gminy, miasta czy przedsiębiorstwa. Jest zasobem strategicznym.

W tym miejscu zaczyna się największy paradoks polskiej transformacji. Z jednej strony odnawialne źródła energii rozwijają się dynamicznie, zwłaszcza fotowoltaika. Z drugiej – system coraz częściej nie potrafi tej energii efektywnie zagospodarować. Mamy więc najtańszą energię w historii, która nie zawsze obniża rachunki odbiorców. Mamy rosnącą produkcję z OZE, ale także rosnące koszty systemowe, problemy z bilansowaniem i coraz częstsze sytuacje, w których zielona energia staje się kłopotem, zamiast być przewagą.

To nie problem technologii, lecz konstrukcji całego systemu energetycznego.

 

Fotowoltaika w Polsce nie wystarczy – dlaczego system energetyczny potrzebuje dywersyfikacji OZE

 

Polska transformacja przez lata nabrała bardzo wyraźnego słonecznego przechyłu. Fotowoltaika stała się symbolem obywatelskiej energetyki, samodzielności i obniżania kosztów. Bez niej trudno byłoby dziś mówić o masowym udziale odbiorców w transformacji. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy rozwój jednego rodzaju źródła zaczyna być traktowany jak substytut całej polityki energetycznej.

Miks OZE oparty niemal wyłącznie na szybko rosnącej fotowoltaice nie może działać efektywnie, bez uzupełniających innych źródeł, elastycznego popytu, magazynowania, lokalnego bilansowania i sensownych zasad rynku. Produkcja energii w środku dnia i w weekendy, często wtedy, gdy zapotrzebowanie jest niższe, w połączeniu z jej niedoborem wieczorem to nie detal, ani marginalne błędy. To podstawowa wada modelu, w którym rozwój źródeł wyprzedził rozwój mechanizmów ich wykorzystania.

 

– Pytanie nie brzmi już, czy rozwijać OZE. Pytanie brzmi, jak zbudować system, który z odnawialnej energii zrobi realną wartość dla odbiorcy – w tym dla samorządów. Samo dodawanie megawatów nie wystarczy. System energetyczny działa w konkretnych godzinach, sieciach i profilach zużycia. – podkreśla Tomasz Drzał, prezes Krajowej Izby Klastrów Energii i OZE, ujmuje to bez ozdobników:

 

Bez wiatru nie będzie stabilności

Jednym z najważniejszych elementów tej układanki jest energetyka wiatrowa, zwłaszcza lądowa. Jej rola w polskiej debacie publicznej bywała sprowadzana do sporów lokalizacyjnych, odległościowych i politycznych. Tymczasem z punktu widzenia systemu wiatr nie jest dodatkiem do transformacji. Jest jednym z warunków jej racjonalności kosztowej.

Fotowoltaika i wiatr dobrze się uzupełniają. Słońce produkuje najwięcej latem i w środku dnia. Wiatr często pracuje mocniej w innych porach roku i doby. Im bardziej zróżnicowany miks OZE, tym mniejsza presja na sieci, rezerwy, magazyny i interwencje operatorów. Bez dywersyfikacji źródeł transformacja staje się droższa, bardziej nerwowa i mniej odporna na wahania pogody.

Dlatego teza, że Polska może mieć naprawdę tanią energię bez energetyki wiatrowej, brzmi coraz mniej wiarygodnie. Można oczywiście próbować budować system z dominacją fotowoltaiki, ratować go magazynami, dopłatami i kolejnymi programami wsparcia. Tyle że wtedy koszt braku równowagi nie znika, a zostaje przeniesiony gdzie indziej – do taryf, opłat sieciowych, kosztów bilansowania albo rachunków końcowych odbiorców. Samorządy, które miały być beneficjentami transformacji, znów stają się przede wszystkim jej płatnikami.

 

 

Lokalne bilansowanie energii i rola klastrów

 

W teorii odpowiedzią na część tych problemów powinna być energetyka rozproszona: klastry energii, spółdzielnie energetyczne, lokalne porozumienia producentów i odbiorców. W praktyce wiele z tych konstrukcji wciąż pozostaje bardziej obietnicą niż działającym rynkiem.

Klastry istnieją, ale zbyt często nie mają wystarczających narzędzi, by realnie zarządzać energią na swoim obszarze. Lokalne rynki energii są dopiero w zalążku. Mechanizmy elastyczności rozwijają się wolno. Operatorzy systemów dystrybucyjnych wciąż funkcjonują w logice scentralizowanego zarządzania, która coraz gorzej pasuje do świata tysięcy rozproszonych źródeł, prosumentów, magazynów i lokalnych odbiorców.

Energia powinna być zużywana jak najbliżej miejsca wytworzenia, jest to podstawowy warunek efektywności. Lokalna produkcja, lokalne zużycie, lokalne bilansowanie i lokalna odpowiedzialność mogą ograniczać straty, zmniejszać obciążenie sieci i lepiej dopasowywać inwestycje do realnych potrzeb społeczności.

Na razie jednak polski system zbyt często działa odwrotnie. Rozproszona energetyka jest rozwijana w ramach zasad zaprojektowanych dla energetyki scentralizowanej. Nowoczesne źródła próbuje się włączać do starej architektury rynku. Efekt jest przewidywalny: im więcej nowych elementów, tym wyraźniej widać, że sama konstrukcja wymaga przebudowy.

 

Samorząd nie może być tylko płatnikiem

 

Dla gmin i miast stawka jest szczególnie wysoka. Samorządy mają budynki publiczne, szkoły, oczyszczalnie, transport, oświetlenie uliczne, lokalne przedsiębiorstwa i mieszkańców, którzy coraz częściej oczekują realnych działań obniżających koszty energii. Mają też przestrzeń, projekty i rosnącą świadomość, że energetyka lokalna może być narzędziem rozwoju, ale potencjał samorządów nie uruchomi się sam.

Tania energia lokalnie nie pojawi się od samego faktu postawienia instalacji. Potrzebuje czterech warunków: zróżnicowanych źródeł, lokalnego bilansowania, realnych mechanizmów rynkowych i regulacji, które wspierają efektywność, zamiast ją blokować.

Jeżeli gmina produkuje energię, ale nie może jej efektywnie wykorzystać na własnym obszarze, to korzyść społeczna jest ograniczona. Jeżeli lokalny odbiorca nie ma zachęt do przesuwania zużycia na godziny wysokiej produkcji OZE, system traci elastyczność. Jeżeli operator sieci traktuje rozproszone źródła głównie jako problem przyłączeniowy, a nie element nowej architektury rynku, transformacja będzie coraz droższa.

 

Tania energia wymaga zaufania do rynku

 

W polskiej energetyce wciąż silna jest pokusa administracyjnego rozwiązywania problemów, które mają rynkową naturę. Dopłaty, zamrożenia cen i interwencyjne mechanizmy mogą być potrzebne w sytuacjach kryzysowych, ale nie zastąpią dobrze zaprojektowanego rynku. Bez ceny pokazującej, kiedy energii jest dużo, a kiedy jej brakuje, trudno oczekiwać racjonalnych decyzji inwestycyjnych i konsumenckich.

Brak wynagradzania elastyczności ogranicza rozwój usług DSR i magazynowania energii na odpowiednią skalę. Jeżeli lokalne zużycie energii nie daje realnej korzyści, to nie będzie motywacji do lokalnego bilansowania. Jeżeli samorządy nie mogą stać się aktywnymi uczestnikami rynku, pozostaną klientami końcowymi, którzy co najwyżej wybierają sprzedawcę i płacą rachunki.

To właśnie dlatego hasło „tania energia” bez zmiany zasad działania systemu jest puste. Można budować kolejne źródła, ogłaszać programy i pisać strategie, ale dopóki najtańsza energia nie będzie mogła trafiać tam, gdzie jest najbardziej potrzebna, dopóty jej niska cena hurtowa nie przełoży się automatycznie na portfele odbiorców.

 

Czy tania energia w Polsce jest możliwa?

 

Polska cierpi dziś na brak zdolności do sprawnego wykorzystania. Zdaniem Tomasza Drzała tania energia w Polsce jest możliwa, ale nie w systemie, który nie potrafi się bilansować, nie wykorzystuje własnych zasobów i nie ufa mechanizmom rynkowym.

 

– Bez energetyki wiatrowej nie będzie stabilności, bez lokalnego bilansowania nie będzie efektywności, a bez rynku nie będzie taniej energii – uważa Prezes Zarządu Krajowej Izby Klastrów Energii i OZE.

 

To ostrzeżenie, że transformacja pozbawiona systemowej logiki może stać się własną karykaturą. Będziemy mieli coraz więcej odnawialnych źródeł, coraz więcej strategii i coraz więcej deklaracji, ale niekoniecznie tańszą energię dla mieszkańców, firm i samorządów.

Transformacja energetyczna ma sens wtedy, gdy wzmacnia bezpieczeństwo, obniża koszty i daje lokalnym wspólnotom większą kontrolę nad własnym rozwojem. Nie rozegra się wyłącznie w ministerialnych dokumentach ani na poziomie krajowych wskaźników. Rozegra się w gminach, powiatach, lokalnych sieciach i konkretnych rachunkach za energię, albo… nie rozegra się wcale.