„Kolejny kryzys, którego nie możemy zmarnować” – to zdanie, wypowiedziane przez Wojciecha Jakóbika na otwarcie 43. EuroPOWER & OZE POWER, wybrzmiało jak trafna diagnoza stanu polskiej debaty energetycznej. Nie tylko dlatego, że dobrze oddaje temperaturę dyskusji, lecz przede wszystkim dlatego, że obnaża jej największą słabość: od lat coraz precyzyjniej opisujemy problemy, coraz efektowniej je prezentujemy, a mimo to zbyt rzadko przekuwamy je w realne decyzje i skuteczne regulacje.
Na scenie inauguracyjnej nie brakowało nazwisk istotnych dla polskiej energetyki. W debacie uczestniczyli przedstawiciele operatora systemu przesyłowego, największych grup energetycznych, gazowego filaru bezpieczeństwa państwa oraz programu jądrowego. Wcześniej swoją najnowszą strategię zaprezentował prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych, Grzegorz Onichimowski. I właśnie ten moment najlepiej unaocznił problem, z którym mierzy się dziś polska transformacja: wciąż pozostajemy w sferze planów dotyczących tego, co w dużej mierze powinno było zostać uruchomione już dekadę temu.
Nie chodzi o brak świadomości wyzwań. Ta świadomość jest dziś powszechna. Wiadomo, że system oparty na rosnącym udziale odnawialnych źródeł energii wymaga elastyczności, magazynowania, sieci zdolnych do przyjmowania rozproszonej generacji oraz mechanizmów lokalnego bilansowania. Wiadomo też, że dominacja fotowoltaiki, przy niedostatecznie rozwiniętej energetyce wiatrowej i ograniczonej infrastrukturze sieciowej, prowadzi do napięć systemowych i ekonomicznych paradoksów. Problem polega na tym, że między diagnozą a wdrożeniem nadal zieje luka.
Symptomatyczne jest zdziwienie prezesa Polskich Sieci Elektroenergetycznych S.A., że samochody elektryczne ładują się latem i zimą w tej samej cenie. Istotnie, z punktu widzenia logiki systemu energetycznego trudno uznać taki stan za racjonalny. Jeżeli w miesiącach letnich mamy większą dostępność energii z fotowoltaiki, to ceny i modele rozliczeń powinny znacznie wyraźniej odzwierciedlać rzeczywiste warunki podaży. Jednak samo dostrzeżenie tej anomalii nie wystarczy. Rozwiązanie nie leży wyłącznie w kolejnych analizach, lecz w stworzeniu ram prawnych i operacyjnych dla energetyki rozproszonej oraz lokalnego bilansowania energii.
Tu właśnie ujawnia się sedno polskiej bezwładności regulacyjnej. Gdzie są przepisy, które realnie umożliwiają rozliczanie energii w małych obszarach? Gdzie są skuteczne mechanizmy dzielenia się energią między uczestnikami lokalnych społeczności energetycznych? Gdzie są operatorzy systemów dystrybucyjnych, którzy powinni upraszczać, a nie komplikować zasady funkcjonowania lokalnych modeli energetycznych? Bez odpowiedzi na te pytania każda strategia pozostanie jedynie bardziej estetyczną wersją dokumentu, który znamy od lat.
To szczególnie ważne w momencie, gdy transformacja energetyczna przestaje być już projektem przyszłości, a staje się testem sprawności państwa. Nie wystarczy bowiem deklarować poparcie dla OZE. Trzeba jeszcze zbudować instytucjonalne warunki, by odnawialne źródła mogły działać w sposób przewidywalny, opłacalny i stabilny dla całego systemu. Inaczej będziemy skazani na powtarzalny cykl: dynamiczny rozwój jednej technologii, przeciążenie systemu, administracyjne korekty, społeczne rozczarowanie i powrót do argumentu, że „na razie” trzeba przedłużyć funkcjonowanie jednostek węglowych.
Ten ostatni wątek wybrzmiewa szczególnie mocno. Przedłużanie życia elektrowni węglowych bywa przedstawiane jako pragmatyzm. W istocie jest jednak także dowodem na to, że państwo nie zdołało z odpowiednim wyprzedzeniem przygotować alternatyw: nowoczesnych sieci, magazynów energii, skutecznych mechanizmów elastyczności, rozwoju lądowej energetyki wiatrowej i lokalnych modeli obrotu energią. Węgiel pozostaje więc nie tyle wyborem strategicznym, ile polisą wystawioną na koszt opóźnień.
W tym sensie kongresowa debata nie była opowieścią o niedostatku wiedzy, lecz o niedostatku koordynacji. Tomasz Drzał, prezes zarządu Krajowej Izby Klastrów Energii, trafnie zwraca uwagę na polityczny i instytucjonalny wymiar problemu. Jak pisze, „nie ma synergii między OZE w Ministerstwie Klimatu i Środowiska i legislacją/regulacją w Ministerstwie Energii”. To uwaga znacznie ważniejsza, niż mogłoby się wydawać. Transformacja energetyczna nie rozbije się w Polsce o brak technologii. Rozbije się o resortowość, rozproszenie odpowiedzialności i brak spójnego przywództwa, jeśli państwo nie zacznie działać w jednym kierunku.
Równie wymowny jest fakt politycznej nieobecności, o którym wspomina Tomasz Drzał. Symbolika wydarzeń publicznych ma znaczenie, zwłaszcza w obszarze tak zależnym od współpracy między instytucjami. Jeżeli nawet na poziomie reprezentacji widać brak synchronizacji, trudno oczekiwać, że na poziomie ustaw, rozporządzeń i wdrożeń system będzie działał sprawnie. Energetyka nie znosi próżni kompetencyjnej. Każda luka we współpracy między ministerstwami szybko zamienia się w lukę inwestycyjną, regulacyjną i infrastrukturalną.
Dlatego najcelniejsza konkluzja po rozpoczęciu Kongresu jest zarazem najbardziej gorzka: nie potrzebujemy dziś przede wszystkim nowych diagnoz, lecz nowych decyzji. Polska transformacja energetyczna nie cierpi na deficyt konferencji, debat i prezentacji. Cierpi na deficyt wykonania. Owszem, kryzys może być impulsem, ale tylko wtedy, gdy państwo potrafi potraktować go jako moment przyspieszenia, a nie kolejny pretekst do odłożenia najtrudniejszych rozstrzygnięć.
Jeżeli zatem hasło o „kolejnym kryzysie, którego nie możemy zmarnować” ma znaczyć coś więcej niż efektowne otwarcie kongresu, musi zostać przetłumaczone na język konkretnych działań: uwolnienia lokalnego bilansowania, wsparcia dla energetyki rozproszonej, uproszczenia rozliczeń, przyspieszenia inwestycji sieciowych i realnej współpracy między instytucjami państwa. W przeciwnym razie za kilka lat znów usłyszymy tę samą diagnozę – być może wypowiedzianą z jeszcze większą irytacją, ale nadal w odniesieniu do tych samych, nierozwiązanych problemów.





